Relacja - Przemek Tomczak



Przygoda z Radiem S
...i nie tylko

Lata ulatują coraz szybciej i w natłoku coraz obszerniejszych doświadczeń pamięć zaczyna niepokojąco szwankować. W wieku 47-miu lat z przerażeniem stwierdzam, że przemijam nieodwracalnie wraz z zacieraniem się już nie tylko szczegółów, ale całych rozdziałów mego życia. Gdy jesienią 1991 umierał mój ojciec, do ostatniej chwili gorąco namawiałem go do przelania na papier zakodowanych w jego pamięci zdarzeń w jakich miał okazję uczestniczyć podczas 71-en lat XX wieku. Niestety było już na to chyba za późno. W następnych latach ja sam próbowałem pisać pamiętnik, szczególnie w momentach „zakrętów" życiowych. Nigdy jednak nie udało mi się utrzymać ciągłości. Wszystkiego spłodziłem kilkadziesiąt stron oderwanych od siebie okresów, jakiś strzępów niedokończonych. Do kolejnej próbu zainspirowała mnie niedawna rozmowa z moją przyjaciółką sprzed dwudziestu- dwudziestu kilku lat, Jadwigą (Jagą) Sulikowską.

Jagę poznałem bodajże pod koniec lat 70-tych, gdy weszła do rodziny mojego szwagra (i przyjaciela za razem) Jerzego Drogowskiego poślubiając jego siostrzeńca Jacka. Musiało minąć jednak jeszcze kilka lat zanim zapoznaliśmy się bliżej. Ironicznie pomógł w tym jeden z najsmętniejszych w mym życiu (i chyba w życiu wielu Polaków) okresów - stan wojenny lat osiemdziesiątych.

Mimo, że wiele wcześniejszych jak i późniejszych zdarzeń uciekło już z mej pamięci, do dziś pamiętam nasze pierwsze spotkanie, które faktycznie rozpoczęło moją działalność w solidarnościowym podziemiu. Umówił nas Jurek Drogowski, który zarekomendował mnie Jadze. Było to bodajże późnym latem lub wczesną jesienią (chyba we wrześniu) 1982 roku. Czekałem na placu Wiosny Ludów na przeciwko ówczesnego Santosu niedaleko miejsca gdzie obecnie stoi ze swym rowerem Stary Marych. Czas umówionego spotkania minął i zacząłem się obawiać czy Jaga przypadkiem nie miała problemu z rozpoznaniem mnie. Na jej wyraźną prośbę, przekazaną przez Jurka, ściąłem właśnie włosy („od zawsze" nosiłem dlugie), aby przestać „rzucać się w oczy". W końcu, po kilkunastu minutach usłyszałem za plecami głos Jagi. Natychmiast oddaliliśmy się z placu do zaparkowanego na jednej z bocznych uliczek samochodu. Jeździłem wtedy Maluchem (Fiatem 126) moich rodzicow, a ponieważ byłem jego jedynym użytkownikiem, samochodzik ten przez następne kilka lat służyć miał poznańskiemu podziemiu. W samochodzie Jaga po krótce wyjaśniła mi moją rolę. Otóż miałem zostać kierowcą podziemnego Radia Solidarność Regionu Wielkopolska (była to chyba druga po warszawskiej podziemna rozgłośnia w Polsce), które właśnie zaczęło nadawać swe audycje na falach telewizyjnych podczas sławetnego Dziennika TV o 19:30. Ja, jak i prowadzony przeze mnie Maluch, miałem również brać udział w innych, na razie nieokreślonych, przedsięwzięciach. Jaga uczuliła mnie na zachowanie ostrożności, przede wszystkim nie afiszowanie się swym zachowaniem (nawet w najbardziej banalnych, codziennych sytuacjach) aby niepotrzebnie nie zwracać na siebie uwagi.
Nie pamiętam czy jeszcze tego samego dnia zacząłem „pracować" z Jagą, czy nastąpiło to kilka dni później. W każdym razie zaczęliśmy spotykać się conajmniej dwa, trzy, czasami cztery razy w tygodniu. Na początku wyglądało to tak, że woziłem ją w różne miejsca Poznania przewożąc różne, często nieznane mi wtedy przedmioty, przy czym nie wchodziłem z nią do kontaktowych mieszkań, czekałem raczej w samochodzie. Szybko to się jednak zmieniło. Poznałem wtedy m.in. Zdzisława Czarnowskiego, mieszkającego wtedy na ówczesnej ulicy Rutkowskiego na Łazarzu, a obecnie praktykującego jako lekarz rodzinny w Ottawie (Kanada) oraz Andrzeja Piątka wraz z jego przyszłą żoną Magdą mieszkających wówczas na Rybakach niedaleko Kwiatowej. Nie wszyscy poznani ludzie byli bezpośrednio związani z Radiem, ale wszystkich łączyła podziemna Solidarność. Wkrótce przyszły pierwsze audycje radiowe, w których emisji brałem udział. Ich nadawanie odbywało się z prywatnych mieszkań w różnych częściach miasta. Nie pamiętam dokładnych adresów, ale ich sieć pokrywała znaczną część Poznania, od Rataj (Os. Tysiąclecia, Rusa, Czecha) poprzez Wildę, Dębiec, Grunwald, Łazarz, Jeżyce, Winiary, chyba Podolany, Winogrady (Os. Wichrowe Wzgórza - dawniej Kraju Rad - u nieodżałowanej Ireny Dembińskiej) aż po Stare Miasto. W dniu nadawania, spotykałem się z Jagą na godzinę, dwie przed rozpoczęciem głównego wydania Dziennika TV. Najpierw jechaliśmy odebrać nadajnik z jednego z mieszkań „skrytek" (jeśli mnie pamięć nie myli to były to m.in. mieszkania Zdzisława Czarnowskiego, Andrzeja Piątka oraz Andrzej Orwata), następnie jechaliśmy do wcześniej umówionego mieszkania, z którego miała zostać nadana audycja. Aranżowaniem każdorazowej emisji zajmowała się Jaga. Ona również za każdym razem przynosiła kasetę magnetofonową z nagraną audycją. Z tego co wiem to Jaga była autorką części, a być może nawet większości czytanych tekstów (opracowanych na podstawie otrzymywanych z Zarządu Regionu informacji), jak i udzielała swego głosu (sam byłem świadkiem kilku sesji nagraniowych w jej mieszkaniu na ul. Stolarskiej 2/5).

Pamiętam me zdziwienie gdy po raz pierwszy zobaczyłem nadajnik Radia Solidarność. Mieścił się on w zadziwiająco małym, podłużnym pudełku, o wymiarach (odtwarzam to z głębokich zakamarków mej zawodnej pamięci) około 15-25cm długie, 7-10cm szerokie oraz 5-10cm wysokie. Miał on bodajże zewnętrzny zasilacz. Do nadajnika podłączaliśmy przenośny magnetofon kasetowy oraz antenę - prostą zbudowaną chyba z dwóch prętów ułożonych w jednej lini. Antenę umieszczaliśmy zazwyczaj na zewnętrznym parapecie okna tak aby nie była widoczna z ulicy. Widok z okna, na którym leżała antena był za razem kierunkiem nadawania. Według wiedzy jaką posiadałem, „ścieżka" słyszalności miała kształt trójkąta równobocznego lub wyciętego kawałka okręgu, miała pewną, chyba dość ograniczoną, szerokość oraz kilku-, a w pewnych warunkach być może nawet, kilkunasto- kilometrową długość. Ważne było aby z wybranego mieszkania rozciągał się jak najdalszy widok przy jednocześnie jak najgęstrzej zabudowie znajdującej się poniżej miejsca nadawania. Tak więc staraliśmy się nadawać z mieszkań znajdujące się na wyższych piętrach, co niezawsze jednak było możliwe. Kiedyś nadając z częściowo zamieszkałej „deski" na Os. Tysiąclecia na Ratajach, obecny wtedy z nami Andrzej Piątek wpadł na pomysł aby antenę wynieść na dach i połączyć ją tymczasowo z kablem spuszczonym do mieszkania kanałem wentylacyjnym. Miałem dostać się na dach poprzez jedną z trzech niezamieszkałych jeszcze klatek schodowych. Andrzej miał rozpalić coś dymiącego w kuchennym otworze wentylacyjnym tak abym mógł odnaleźć właściwy komin i podać nim kabel antenowy. Antena miała być w pewnym oddaleniu od komina z bardzo lekko skręconym do niej kablem tak aby po zakończeniu audycji przy szarpnięciu kabla w kuchni łatwo odłączył się od anteny i został szybko wciągnięty do mieszkania uniemożliwiając zlokalizowanie miejsca emisji. Dostanie sie do klatek nie nastręczyło mi żadnego problemu, jednak nie byłem w stanie sforsować żadnego z trzech wyjść na dach. Do grubych kłódek potrzebny był raczej specjalny przecinak a nie mała piłka do metalu jaką dysponowałem. Tuż przed końcem Dziennika TV udało nam się wyemitować audycję wystawiając tradycyjnie antenę na okno.

Trudno mi w tej chwili powiedzieć jak często nadawane były audycje. Mogło to być raz w tygodniu lub raz w miesiąc. Wydaje mi się jednak, że było to częściej niż raz na miesiąc. Oczywiście, aby nie ułatwiać Milicji namierzenia nas, nadawaliśmy w różne dni tygodnia oraz staraliśmy się nie tworzyć jakiegoś wzorca punktów nadawania oraz kolejności miejsc emisji. Jedynym w zasadzie wspólnym mianownikiem emisji był czas nadawania - pomiędzy 19:30 a 20:00, przy czym staraliśmy się wypuścić audycję w eter w pierwszej połowie Dziennika TV. Audycje zaczynały i kończyły się od refrenu „Murów" Jacka Kaczmarskiego. Środek wypełniały wiadomości czytane przez lektora. Wszystko razem trwało bodajże 4 do 6 minut. Z tego co pamiętam miał to być bezpieczny okres czasu zmniejszający prawie do zera ryzyko namierzenia przez SB-cję źródła emisji. Po skończonej audycji szybko pakowaliśmy sprzęt i opuszczaliśmy dany rejon. Nie pamiętam już czy nadajnik zaraz odwoziliśmy do „skrytki" czy dopiero na następny dzień. Na pewno co najmniej kilka razy był przechowywany w mojej piwnicy przy ulicy Jarochowskiego 2.

Nie przypominam sobie jakiś wielkich ruchów Milicji, czy wręcz łapanek tuż po skończonych audycjach w czasie naszej „ewakuacji" z rejonu nadawania. Nawet jeśli było trochę więcej „suk" czy też podejrzanych typów w okolicy - być może nam się tylko tak wydawało - nigdy nie zostaliśmy zatrzymani. Najbliżej wpadki znaleźliśmy się z Jagą pewnego dnia gdy jadąc Maluchem zostaliśmy zatrzymani przez Milicję na ulicy Roosevelta przy ul. Dąbrowskiego. Na pewno nie był to wieczór, tak więc trudno mi powiedzieć czy jechaliśmy na emisję czy też przewoziliśmy nadajnik z jednej „skrytki" do innej. W każdym razie Jaga miała nadajnik z magnetofonem w swojej torebce. Gdy zobaczyła przed nami milicjantów zatrzymujących samochody, szybko wyciągnęła sprzęt z torebki i... z braku lepszego miejsca, położyła go na tylne siedzenie pod leżący tam kocyk. W kilkanaście sekund potem zostaliśmy zatrzymani. Milicjant zażądał nasze dokumenty. Jaga ostentacyjnie otworzyła torebkę pokazując, że nie ma w niej nic zdrożnego i wyciągnęła dowód osobisty. Ja podałem swój, ale w żadnym wypadku nie byłem tak spokojny jak ona. W czasie stanu wojennego wprowadzono tzw. nakaz pracy. Raz po raz na ulicach Poznania (i prawdopodobnie innych miast również) organizowano łapanki na „nierobów". Musiała to być właśnie taka akcja, gdyż co kawałek stały grupki milicjantów a na chodniku na Dąbrowskiego (na przeciwko Teatru Nowego) stał milicyjny omnibus częściowo wypełniony pechowcami. Ja w tamtych miesiącach byłem w trakcie zakładania wraz z moją przyjaciółką z Lubonia tzw. „prywatnej inicjatywy" - usług magla elektrycznego. Jakkolwiek nie wyda się to teraz absurdalne, w ówczesnych czasach w PRL-u aby móc złożycz podanie o otwarcie prywatnej firmy nie można było być zatrudnionym w państwowym zakładzie, a ponieważ prawie jedynym pracodawcą było państwo oznaczało to bezrobocie. Musiałem więc złożyć wypowiedzenie w mym poprzednim miejscu pracy (Poczta przy dworcu Zachodnim). Ponieważ na uzyskanie zgody (lub odmowy) na rozpoczęcie prywatnej działaności gospodarczej (tak to się wtedy ładnie nazywało) trzeba było czekać kilka miesięcy siłą rzeczy stałem się nielegalnym nierobem i zarazem łatwym łupem w łapankach. Milicjant przeglądnął mój dowód osobisty i zaczął się wypytywać dlaczego nie jestem zatrudniony (jeśli pamięć mnie nie myli w dowodach znajdowały się pieczątki z miejsca zatrudnienia). Uważnie wysłuchał mojego tłumaczenia, przypatrując się uważnie mnie, Jadze, a następnie ze zmarszczonymi brwiami spojrzał na tylnie siedzenie, na którym przy odrobinie skupienia można było dostrzec odciskający się pod kocem sprzęt do nadawania, po czym ... oddał nam dokumenty nakazując odjechać.

Z Jadwigą Sulikowską ściśle współpracowałem prawie do końca 1982 roku. Mógł to być koniec listopada lub początek grudnia 1982, gdy Jaga przedstawiła mnie Marii Blimel. Od tego czasu Marysia zajęła miejsce Jagi przy bezpośrednim nadawaniu audycji Radia Solidarność. Wprawdzie nadal spotykałem się z Jagą pomagając jej w transporcie (szczególnie materiałów drukowanych, papieru oraz sprzętu poligraficznego), jak i omawiając szczegóły kolejnych audycji, jednak częstotliwość tych spotkań była już dużo mniejsza. W tym czasie Marysia zapoznała mnie z Tomkiem Jefimowiczem, u którego m.in. przechowywane były nadajniki (było ich co najmniej dwa lub trzy - nie pamiętam już czy były to nowe wersje czy po prostu zapasowe), a z którym później wielokrotnie krzyżowały się moje drogi, aż do mojego wyjazdu z Polski we wrześniu 1985 roku. Późniejsze kontakty i praca z Tomkiem związana była przede wszystkim z drukowaniem książek drugiego obiegu, ulotek oraz kalendarzy. Choć nie tylko. Pamiętam, że Tomek wpadł kiedyś na pomysł aby nadać audycję z Osowej Góry (132 m.n.p.m.) w Wielkopolskim Parku Narodowym. Przy odpowiednim ukierunkowaniu anteny wydawało się, że była szansa uzyskania dużego zasięgu pokrywającego południowo-zachodnią część Poznania (Dębiec, Wilda, być może nawet prawy brzeg Warty) oraz Luboń i Puszczykowo. Trudno powiedzieć na ile słuszne były te założenia, w każdym razie trudne do przezwyciężenia okazały się sprawy logistyczne. Otóż aby wyemiotować audycję ze szczytu Osowej Góry niezbędne było przenośne źródło energii, najpewniej akumulator samochodowy. Można go tam było albo wnieść na własnych barkach, co nie było ani takie lekkie ani bezpieczne (w razie rozlania elektrolitu), albo zawieźć samochodem, co z kolei z powodu bardzo słabej gęstości zabudowań przy drodze dojazdowej zwiększałoby ryzyko rozpoznania użytego do tego celu pojazdu. Tomka plan zakładał, że po skończonej audycji, osoba nadająca ruszyłaby wraz z całym sprzętem w plecaku przez Park, jeśli dobrze pamiętam, do Greizerówki (potoczna nazwa siedziby namiestnika III Rzeszy w Poznaniu, Arthura Greizera) czy do Łodzi nad jeziorem Łódzkim skąd miała być odebrana samochodem. Oczywiście trudno było sobie wyobrazić dźwiganie w plecaku akumulatora samochodowego podczas kilku-, kilkunastu kilometrowego marszu. Nigdy nie doszło do realizacji tego pomysłu.

Marysia Blimel poznała mnie również z swoją siostrą Magdą, która być może już w tym czasie a na pewno w następnych miesiącach dostarczała taśmy z audycjami.
Nie pamietam jak długo zajmowaliśmy się z Marysią Blimel emisjami Radia Solidarność. Na jakiś czas (miesiąc lub dwa) przed jej aresztowaniem wiosną 1983, Jaga Sulikowska wycofała Marysię z bezpośredniego nadawania audycji. Powodem miało być równoległe zaangażowanie się Marii w inne przedsięwzięcie - chyba drukarnię, nie jestem pewien. Jaga doszła do wniosku, że nie można niepotrzebnie narażać jednej działalności poprzez ewentualną, przypadkową wpadkę podczas innej. Z Marysią straciłem kontakt na wiele miesięcy, aż do jesieni 1983 roku, gdy powtórnie się z nią spotkałem już po jej wyjściu z aresztu. Tak więc znów zacząłem jeździć i nadawać audycje razem z Jagą Sulikowską. Jest wielce prawdopodobne, że niektóre audycje w tamtym okresie emitowałem również z Tomkiem Jefimowiczem.
Bodajże około kwietnia czy raczej maja 1983, Jaga Sulikowska powtórnie wycofała się z bezpośredniego uczestniczenia w emisjach przekazując mi najpierw samo nadawanie i opiekę nad sprzętem, a następnie również nagrywanie audycji. Nadal korzystałem z kontaktów i mieszkań organizowanych przez Jagę, zacząłem jednak coraz częściej sam wynajdywać miejsca emisji. Miałem z tym sporo problemów (z pewnością nie byłem tak dobrym organizatorem czy raczej wyszukiwaczem nowych lokali jak Jaga), ale udało mi się znaleźć parę mieszkań dość dobrze położonych, np. na Os. Rzeczpospolitej (13 piętro - mieszkanie mojej siostry Alicji Janickiej), Os. Czecha (3 piętro - nowe mieszkanie mojej drugiej siostry Marii Drogowskiej oraz jej meża Jurka oraz 16 piętro - poddasze tego samego budynku), Os. Kraju Rad oraz Os. Zwycięstwa. Gorzej było ze zorganizowaniem punktów emisji w starszych częściach miasta. Tam nadal korzystałem z pomocy i kontaktów Jagi.

Po wycofaniu się Jagi Sulikowskiej z bezpośredniego nadawania audycji radiowych, dwa, trzy razy pomógł mi w tym mój przyjaciel Jacek Szymański (obecnie również zamieszkały w Ottawie - Kanada), jeśli mnie pamięć nie myli, również Tomek Jefimowicz był obecny przy kilku emisjach. Zdarzyło się także, że sam wypuściłem audycję w eter - napewno z poddasza szesnastki na Os. Czecha, bodajże dwa razy. Rutyna nadawania pozostała ta sama, tzn. odbiór ze „skrytki" nadajnika, emisja podczas głównego wydania Dziennika TV, oraz jak najszybsze oddalenie się z danego rejonu po skończonej audycji. Przez pewien czas kasety z nagranymi audycjami odbierałem nadal od Jagi, choć mogła to być również Magda Blimel (jest to jej panieńskie nazwisko, nie znam niestety jej obecnego), siostra Marii. Nagraniem ostatnich dwóch, trzech audycji wyemitowanych przeze mnie zająłem się sam. Teksty otrzymałem, tak jak uprzednio gotowe kasety, od Jagi Sulikowskiej lub być może od Magdy Blimel. Nagrania odbywały się w mieszkaniu mojej siostry Alicji Janickiej na Os. Rzeczpospolitej. Lektorami byłi Hanka Oles (tak naprawdę na imię miała Anna, a jej nazwisko być może było Oleś), siostra Jacka Szymanskiego, oraz ja sam. Hania z uwagi na bardzo dobry głos, nieporównywalnie lepszy od mojego, była głównym lektorem.

Jaka była rzeczywista słyszalność poznańskiego Radia Solidarność? Była to chyba najtrudniejsza rzecz do oszacowania. Raz, jedyny raz, jeszcze zanim zacząłem pracować w Radiu, miałem okazję słyszeć na własne uszy audycję nałożoną na obraz Dziennika TV, musiało to być lato 1982. Gdy już sam uczestniczyłem w nadawaniu, kilka razy słyszałem ludzi jadących tramwajem komentujących fakt usłyszenia naszych audycji poprzedniego wieczoru. W większości pozostałych wypadków, otrzymywalimy potwierdzenia słyszalności od osób trzecich, nie bezpośrednich świadków. Były również przypadki (choć niewiele, 2-4 razy w ciągu całej mojej rocznej pracy w Radiu) gdy nie otrzymałem żadnego potwierdzenia.
W rok od rozpoczęcia mojej przygody z poznańskim Radiem Solidarność, Jaga Sulikowska podjęła decyzję o kolejnej rotacji. Pod koniec sierpnia lub na początku września 1983, oddałem sprzęt do nadawania Jadze, która z kolei przekazała go Zdzisławowi Czarnowskiemu. Od tego czasu przestałem brać udział w emitowaniu audycji.

Koniec mojej pracy w poznańskim Radiu Solidarność absolutnie nie oznaczał wygaśnięcia mej znajomości z Jadwigą Sulikowską. Wręcz odwrotnie, po okresie samodzielnego prowadzenia emisji radiowych kiedy to nasze kontakty były ograniczone do minimum, na powrót zaczęliśmy spotykać się dość często i wspólnie pracować. Było to teraz prawie w całości związane z wydawaniem podziemnej lektury oraz jej dystrybucją. Wśród wielu wspólnych przedsięwzięć wyraźnie pamiętam przetransportowanie wielkiego powielacza z piwnicy Zdzisława Czarnowskiego, najpierw do jakiegoś mieszkania w okolicach ul. Grochowskiej i Bułgarskiej (obecne Os. Ks. J. Popiełuszki), a następnie, po miesiącu, do Oo. Dominikanów na Al. Stalingradzkie (obecnie Niepodległości). Pudło, w którym był powielacz było tak wielkie, że nawet po wyciągnięciu przedniego siedzenia nie chciało wejść do Malucha. Doprawdy nie wiem jakim cudem udało nam się je upchnąć. Sporo czasu poświęciliśmy również z Jagą na przygotowanie i uczestniczenie w dystrybucji kalendarzy na rok 1984.

Po wyjściu Marysi Blimel z aresztu, bodajże w sierpniu lub we wrześniu 1983 roku, również z nią moje kontakty zostały odświeżone. Zaowocowały one poznaniem Włodka Filipka oraz Tity Ziółkowskiej. Wspólnie we czwórkę spędziliśmy niejedną noc w mieszkaniu Tity na Dębcu drukując broszury i ulotki, które potem z Włodkiem rozwoziliśmy po „skrzynkach". Często również pracowałem z Tomkiem Jefimowiczem. Był on zdaje się współprowadzącym czy współzałożycielem jakiegoś wydawnictwa (zupełnie nie pamiętam nazwy). Często zatrudniał mnie do transportu książek, papieru czy drukowania.

Z tamtym okresem wiąże się pewne zabawne wydarzenie. Otóż pewnego razu miałem odebrać większą ilość papieru z drukarni państwowej, chyba gdzieś na Grunwaldzie (zlecił mi to Tomek lub Jaga). Papier miał zostać wyrzucony za płot zakładu przez pracowników tej drukarni. Albo z powodu awarii mojego Fiacika, lub też raczej dlatego, że byłby on za mały, wraz z Jackiem Szymańskim wypożyczyliśmy od naszego kolegi taksówkarza, Piotra Ruty, „staruszkę" Warszawę garbusa. Była ona wystarczająco duża i silna, tak że nie było obaw zarwania jej pod ciężarem papieru, miała jednak jedną, dość uciążliwą wadę - za diabła nie dało się jej zapalić przekręcając kluczyk w stacyjce. Trzeba było najzwyczajniej w świecie zakasać rękawy i, jak w niemych filmach, pokręcać korbą dopóty dopóki silnik nie zaskoczył. Pamiętam, że nasz znajomy taksówkarz spędził wiele czasu próbując nas nauczyć tej sztuki tak aby szybko odpalić samochód przy okazji nie wyrywając sobie rąk. Nie byliśmy jednak dobrymi uczniami skoro przy odbiorze „staruszki" Warszawy straciliśmy blisko godzinę zanim wreszcie silnik warknął. Z dużym opóźnieniem podjechaliśmy pod płot drukarni gdzie już od dawna leżała sterta papieru. Na szczęście nikt obcy się nim jeszcze nie zaiteresował. Nie wyłączając silnika szybko załadowaliśmy Warszawę po brzegi i gdy mieliśmy już odjeżdżać... samochód umilkł. Zrozpaczony rzuciłem się do korby. Tym razem jednak „staruszka" umiłowała sie nad nami i odpaliła natychmiast.
Zimą 1983-go czy też 1984-go roku, Jaga Sulikowska lub Tomek Jefimowicz wynajęli starą leśniczówkę pod Mosiną, która przez kilka miesięcy stała się drukarnią. Spędziliśmy tam z Tomkiem Jefimowiczem oraz innymi ludźmi, których imion nie mogę odkopa z pamięci, wiele dni i nocy drukując oraz przygotowując do dystrybucji książki i inne druki (chyba również kalendarze).

We wrześniu 1985 roku wyjechałem z moją dziewczyną Marysia Bartniczak (nigdy nie brała bezpośredniego udziału w pracy podziemnej, ale zawsze miałem jej pełne wsparcie i nie jeden raz „zacierała" za mną ślady przed wścibskimi znajomymi) z Polski do Niemiec Zachodnich, a następnie po dwóch latach do Kanady gdzie mieszkamy do dziś. Kończąc wspomnienie o mojej przygodzie z podziemną Solidarnością, a w szczególności z poznańskim Radiem Solidarność winien jestem podziękowanie wszystkim wspomnianym wyżej jak i tym nie wymienionym z powodu szwankującej pamięci, wspaniałym ludziom, którzy dali mi możliwość uczestniczenia w czymś wielkim, niepowtarzalnym. Wśród wszystkich tych osób, szczególną rolę odegrały niestrudzone w swej działaności podziemnej Jaga Sulikowska oraz Marysia Blimel. I jeszcze jedno - jest bardzo prawdopodobne, że mogłem pomylić pewne daty, szczegóły, czy wręcz nieprawidłowo przeliterować nazwiska. Jeśli takowe błędy powstały to z pewnością nie popełniłem ich celowo, a całą winą obarczam moją zawodną pamięć.


Ottawa, 21 marzec 2006


Przemek Tomczak

22 Monterey Drive
Ottawa, Ontario
K2H 7A6
Canada

Tel.: (613) 828-8374
e-mail:
    kropka2@sympatico.ca
    przemyslawtomczak@yahoo.ca

Zobacz inne strony w tej sekcji

Piotr Ciernioch |
| Przemysław Dębowski